lip 27 2007
Misjonarz pogodnego meczenstwa-bl. Alojzy Liguda,SVD
Dodał: Krzysztof Laskowski   
27.07.2007.
 Wychowany w takiej atmosferze, w bliskosci Kosciola, zapragnal oddac sie na jego sluzbe. Z czasopism religijnych dowiadywal sie o krajach misyjnych, pociagaly go dalekie Chiny, Afryka... Majac 15 lat zostal przyjêty do Nizszego Seminarium Misyjnego Misjonarzy Werbistów w Nysie, w Domu sw. Krzyza. Nauke przerwala mu wojna. W 1917 r. zostal wciagniety do wojska i jako artylerzysta dostal sie na front francuski. W zolnierskim zyciu nie stracil niczego ze swych przekonan wyniesionych z domu i seminarium. Po zakonczeniu wojny zdal mature i w 1920 r. wstapil do nowicjatu w St. Gabriel w Mödling pod Wiedniem, gdzie werbisci posiadali Dom centralny. W czasie odbywania nowicjatu wybuchlo Powstanie slaskie. Bardzo mocno je przezywal, zwlaszcza na skutek listów pisanych przez ojca przesladowanego za to, ze opowiadal sie za Polska.

Po nowicjacie zostal wyslany na praktyke do Pieniêzna, gdzie w nizszym seminarium uczyl jêzyka laciñskiego i matematyki. Na dalsze studia pojechal znów do St. Gabriel, gdzie przede wszystkim polubil dogmatyke i historiê Kosciola, ale i z innych przedmiotów mial stopnie bardzo dobre. Swiecenia kaplañskie otrzymal 26 maja 1927 r., swoja pierwsza Mszê sw. odprawil w St. Gabriel. Marzeniem jego byla praca na misjach w Chinach lub na Nowej Gwinei. Skierowanie otrzymal jednak do Polskiej Prowincji. Przyjal je z radoscia i jesienia 1928 r. przyjechal do Polski. Tymczasowo zatrzymal siê w Domu Prowincjalnym w Górnej Grupie, gdyz przelozeni przeznaczyli go na dalsze studia, istniala bowiem wielka potrzeba kwalifikowanych nauczycieli.

Po zdaniu dodatkowych egzaminów do polskiej matury o. Liguda wstapil na wydzial filologii polskiej Uniwersytetu Poznañskiego i w 1934 r.  uzyskal dyplom na podstawie pracy magisterskiej "Gall-Anonim jako literat". W Poznaniu pracowal równoczesnie jako kapelan i katecheta w szkole sióstr urszulanek przy ul. Spornej. W nauczaniu i w egzortach, prowadzonych co tydzieñ dla dziewczat, staral siê wprowadzac w zycie nowa encyklikê Piusa XI O chrzescijañskim wychowaniu. Opuszczajac Poznañ, za namowa sióstr i uczennic, zebral wygloszone egzorty i wydal je w zbiorze pt. Audi filia, aby im przypomniec nie tylko lata szkolne, ale i dawniejsze idealy i ozywil je nowa mysla religijna. Ksiazka zostala bardzo zyczliwie przyjêta przez mlodziez i duszpasterzy. Nalegania mlodziezy i ksiêzy sklonily o. Ligudê do wydania nastêpnych egzort pt. Naprzód i wyzej. Ksiazka ta zdobyla równiez duze uznanie.

On sam przyznal: Ach, jak wdziêczny jestem Boskiej Opatrznosci! Pozwolila mi wgladnac w swiat dotychczas zupelnie mi nie znany, w swiat duszy dziewczêcej. Oba zbiory egzort stanowil bardzo wnikliwa refleksjê o. Ligudy nad slowami Pisma sw.: "Si scires donum Dei!" odnosnie do kobiety i jej zadañ. O. Liguda wydal jeszcze jedna ksiazkê pt. Chleb i sól, zawierajacy czytania homiletyczne na kazda niedzielê roku. Ujawnila siê w niej najpelniej osobowosc o. Ligudy. Nawiazujac do slów Pana Jezusa: "wyszedlem od Ojca i przyszedlem na swiat" - napisal: potrzeba tylko, bym sobie slowa Jego w porê przypomnial i nimi siê pokrzepial. Zachowaja mine one od smutku, uchronia od rozpaczy. Bêdê glowê wysoko nosil mimo niepowodzeñ i upokorzeñ. Mozna mniê podle traktowac, ale nie upodlic! Rewolucje moge zniesc, wszystkie moje dyplomy i tytuly -synostwa Bozego nikt mi nie wydrze.

Niech gnijê w lochach, zawsze bêdê powtarzal arcypiêkne "Exivi a Patre", zawsze tez Bóg bêdzie moim Ojcem. Potem w obozach z takiej postawy rodzil siê jego optymizm, radosc, wytrwala, nadzieja... bo zawsze czul siê dzieckiem Bo¿ym w najgorszych sytuacjach.

Po przyjezdzie do Górnej Grupy o. Liguda zostal nauczycielem jêzyka polskiego, a w nizszych klasach historii. W niedziele i swiêta dojezdzal z posluga kaplañska do jednostki wojskowej w Grupie, a wolne dni od nauki oraz wakacje czêsto poswiêcal na udzielanie rekolekcji zamkniêtych i parafialnych.

W czerwcu 1939 r. o. Ligudzie powierzono urzad rektora w Górnej Grupie. Wybuchla wojna. Okupant zamienil klasztor na obóz zbiorczy dla domowników i przywiezionych 28 pazdziernika okolo 80. ksiêzy i kleryków z diec. chelmiñskiej, wloclawskiej i gnieznieñskiej. Ks. Malak w ksiazce Klechy w obozach pisze: Przyjmuje nas Ks. Rektor Liguda. Potêzna jego postawa w sutannie, dzielnie, odwaznie i z pewnoscia siebie krazy miêdzy esesmanami. To dodaje otuchy. W nastêpnych dniach i tygodniach dodawal otuchy przez wielka zyczliwosc i wlasciwy sobie humor. Chêtnie go widziano, bo mówil jak prorok, rozgrzewal jak sloñce, szedl przez salê jak aniol pokoju z dobrym slowem na ustach. Liczono siê z tym, ze ksiêza zostana wypuszczeni na wolnosc.

Tymczasem 11 listopada nadjechal autobus i wywieziono 15 ksiêzy i dwóch kleryków z diec. wloclawskiej. Nie pomogla interwencja o. Ligudy. Wywiezieni zostali zastrzeleni w lesie na poligonie wojskowym Grupy. Przygnêbionych ksiêzy i wspólbraci o. Liguda umial w sobie wlasciwy sposób, pocieszyc i wlac na nowo nadziejê. Zdawal sobie jednak sprawê z groznej sytuacji. Charakterystyczny jest obrazek, który na Boze Narodzenie wyslal do rodziny. Na przedzie idzie Chrystus niosac krzyze, a za nim ida ksiêza - wszyscy z krzyzami.

Mêczeñstwo

5 lutego 1940 r. wywieziono internowanych do Nowego Portu w Gdañsku, filii obozu w Stutthofie. W warunkach glodu, brudu, ciêzkiej pracy i bicia o. Liguda i tu szybko stal siê "dobrym anio³em". W duzej mierze jego zasluga bylo potajemne zorganizowanie Mszy sw. w Wielki Czwartek i rozdanie Komunii sw., która dla wielu byla wiatykiem. W poczatkach kwietnia o. Liguda z czêscia wiêzniów zostal przetransportowany do obozu w Grenzdorfie, a nastêpnie do Sachsenhausen przez Stutthof. Uwazano, ze dotychczasowy czysciec zostal zamieniony na pieklo. Los dla o. Ligudy okazal siê jednak laskawszy. Dziêki doskonalej znajomosci jêzyka niemieckiego przydzielono go do obslugi izby oraz do uczenia jêzyka niemieckiego.

Jeden "z uczniów" opisuje taka lekcjê: Rozpoczynalo siê od rozstawienia strózów przy oknach, aby ostrzec przed zblizaniem siê SS-manów. Tymczasem o. Liguda opowiada dowcipy, których posiadal niewyczerpane zapasy, czasami mial referat na rózne tematy, albo tez ktos z ksiêzy dzielil siê swoja wiedza z innymi. I o. Ligudê spotykaly czasami udrêki ze strony wladz obozowych. Pamiêtam jak dzis - powiada jeden z towarzyszy niedoli - jak o. Liguda drzal jeszcze po otrzymaniu dziesiêciu razów zelaznym prêtem za to, ze na chwilê przystanal w czasie pracy.

Wydawalo siê, ze w pewnym momencie o. Liguda zostanie zwolniony, bo zawezwano go do lekarza, co bylo czêsto znakiem wolno¶ci. Przewieziono go jednak do Dachau 14 grudnia 1940 r., gdzie otrzymal numer 22604. Dopiero po wojnie okazalo siê, ze rzeczywiscie o. Liguda mógl byc zwolniony. Staral siê o to Generalat SVD przez nuncjaturê w Berlinie, starala siê rodzina. Z odpowiedzi gestapo wynika, ze nie moze byc zwolniony, bo Ks. Liguda sam oswiadczyl, ze jest Polakiem i w przyszsosci chce pracowac w Polsce. Gestapo dodalo jeszcze, ze jako nalezacy do inteligencji polskiej musi byc na czas wojny odizolowany od spoleczeñstwa. Mimo to istnialy obiektywne warunki do zwolnienia. Rodzina miala obywatelstwo niemieckie, on sam byl zolnierzem armii pruskiej. Bracia zginêli na froncie w I wojnie swiatowej.

Wstawial siê za nim pastor ewangelicki z Górnej Grupy, gdyz o. Liguda obronil jego rodzinê i diakonisê przed gniewem wzburzonych ludzi po napasci Niemiec na Polskê. Tenze pastor juz raz obronil o. Ligudê, gdy jako zakladnikowi, grozilo mu rozstrzelanie. Jednak nie zmienil on swych przekonañ nawet za cenê wolnosci. W Dachau wsród innych szykan wykañczaly ksiêzy wielogodzinne marsze po placu i spiewanie az do obrzydzenia obozowych piosenek. Te marsze czasami prowadzil o. Liguda. Opowiada naoczny swiadek, ze dbal on wtedy, aby zniknac z oczu blokowych i obozowych. Niby cwiczac spiew, objasnial teksty, a w rzeczywistosci zabawial zartami przygnêbionych wiêzniów. W styczniu 1941 r. czêsc obozu opanowala epidemia swierzbu. Chorych stloczono w osobnym baraku, gdzie na 400 miejscach przebywalo 1000 osób. Mieli do dyspozycji tylko sienniki, koce i cienka bieliznê.

Byl mróz, okna stale otwarte w ciagu dnia, glód wykañczal ludzi. Straszna beznadziejnosc ozywial znów o. Liguda swoimi opowiadaniami - "on nie pozwolil siê zalamac". Choc trupy wynoszono codziennie, podtrzymywal resztki nadziei. Po powrocie na swój blok zostal przydzielony do ciêzkiego komanda transportowego na plantacjach. Bezposrednim przelozonym byl Rogler, jeden z najokrutniejszych kapo. Dawal najciêzsze prace, nie uznawal zadnego spoczynku nawet na chwilê. Silny organizm o. Ligudy wycieñczony przez pobyt na kuracji odswierzbiajacej zaczal slabnac. Na nieszczêscie podczas pracy w szopie, pewien Rosjanin zapalil papierosa, co bylo wielkim przestêpstwem. Co siê dalej stalo cytujê za autentycznym opisem: Niespodziewanie wpadl Rogler. Papierosa wygaszono, ale dym zostal.

Do o. Ligudy zwrócil siê kapo z zapytaniem: "Kto palil?" Sytuacja wytworzyla siê napiêta. Powiedziec: "ja nie" znaczyloby zdradzic innych. Pozostalo wiêc wziasc cala winê na siebie. "Ja palilem" - odpowiada o. Liguda. Wsciekly kapo zabral go do swego pokoju. Opuchla twarz, siniec pod lewym okiem byly dowodami wymierzonej kary. Z kolei zmêczony oprawca przeprowadzil rewizjê ubrania. Papierosa nigdzie nie bylo. "Gdzie masz papierosa?" - pyta. "Nie posiadam zadnego"- pada odpowiedz. Jestes klecha i klamiesz? przeciez sam siê przyznales. Palilem, ale nie dzis. Dopiero przyznanie siê wlasciwego winowajcy zakoñczylo tortury, zadawane przez juz zmêczonego bandytê, ale o. Ligudê zapamiêtal sobie.

Nastêpstwem maltretowania i poprzedniego wycieñczenia byly objawy gruzlicy. Zabrano go do szpitala. Warunki byly tu lepsze, otrzymywal takze paczki od rodziców i dobrodziejów i szybko wrócil do zdrowia. Niestety, wtedy nagle dolaczono go do inwalidów, co równalo siê wyrokowi smierci. Byl tego swiadomy, o czym swiadczy jego ostatni list pisany miesiac przed smiercia. Matka wkrótce ukoñczy 84 lata. Jak mocno zyczê jej dlugiego wieku, tak nie chcialbym, by przezyla swego najmlodszego syna, bo to byloby dla niej tragedia rzeczywiscie. Ja osobiscie noszê siê czêsto z mysla, ze wkrótce wrócê do domu mego Ojca i do moich braci. Moze jednak Opatrznosc poprowadzi mnie przez wiele niebezpieczeñstw, zeby mnie uczynic duchowo dojrzalszym i bogatszym... W drodze na smierc powiedzial do spotkanego pisarza obozowego: Gdy dowiecie siê, ze nie zyjê, wiedzcie, ze zamordowali zdrowego czlowieka.

Wedlug relacji jednego z sanitariuszy cala grupê do 10 osób w bestialski sposób utopiono. Krazyla jednak na terenie obozu uporczywa wiadomosc, ze na osobista interwencjê blokowego 29, ciêto z zywego ciala zdrowego o. Ligudy pasy skóry, zanim go utopiono. Miala to byc zemsta kapo za zwrócenie mu przez o. Ligudê uwagi, ze niesprawiedliwie wydziela porcje zywnosci i krzywdzi pacjentów. Wsciekly kapo w ostatniej chwili wpisal na listê "inwalidów" o. Ligudê, czlowieka, który stanal w obronie umierajacych z glodu. Smierc musiala byc straszna, skoro kapo rewiru, biorac udzial w tej egzekucji, wyznal znajomym, ze czegos podobnego nie chcialby wiêcej robic. O. Liguda zakoñczyl mêczeñskie zycie w nocy z 8 na 9 grudnia 1942 r. w swiêto Niepokalanej, której byl wielkim czcicielem. Matkê skazañca zawiadomiono: "Syn Pani, Alojzy Liguda, ur. 23 stycznia 1898 r. zmarl dnia 8 grudnia 1942 r. w tutejszym szpitalu na skutek gruzlicy pluc". Staruszkê oklamano, bo smieræ nie byla wynikiem choroby, lecz okrucieñstwa.

W pamiêci towarzyszy mêczeñskich lat, o. Alojzy Liguda pozostal jako opatrznosciowy czlowiek. Duzo dobrego robil dla ksiêzy, bo byl przeznaczony do obslugi izbowej, szczególnie dla najbardziej potrzebujacych, starych, chorych... upominal siê za nami... to jest swiêty czlowiek... Byl prawdziwym apostolem humoru i optymizmu. Kiedys napisal: Spelniamy swoje obowiazki jako obywatele terazniejszosci. W warunkach obozowych staral siê te obowiazki kaplañskie spelniac takze wzglêdem tych, którzy go przesladowali. Nie usuwal siê od prowokacyjnych nagabywañ ateistów, komunistów, kapo, nawet komendanta, ale podejmowal ich "dysputy biblijne" wysmiewajace religiê i stan kaplañski. Cala swoja postawa nienaganna, wyzszoscia duchowa i intelektualna zamykal usta niejednemu ateiscie.

Naturalnie sprawa honoru bylo pozbycie siê tego "butnego klechy". Mial dane, ze od poczatku one go wyniosly na naszego opiekuna, przewodnika. Ksiêza do niego garnêli siê. W Dachau o. Liguda przejmuje nad nami przewodnictwo... To jest swiêty czlowiek! Po prostu byl on dla mnie symbolem bezpieczeñstwa, twierdza, zawsze spokojny, zawsze równy, zawsze pogodny, zawsze cicho usmiechniêty, zawsze prawy czlowiek... Zamiast nas, Niemcy tlukli go za to, ze byl klecha, ale i szanowali. Bo on mówil do nich rzeczowo, a nas nigdy nie zaniedbywal dla wlasnej korzysci.

Kiedy stal siê porzadkowym naszej izby i dzielil chleb, nasze zglodniale oczy widzialy, ze jest to czlowiek prawy, uczciwy, kaplan wedlug Bozego Serca. Poprzez lata obozowe nie zawsze bylismy razem, ale spotykalem siê z nim i zawsze byl dla mnie oparciem moralnym, zawsze ojcowski, zawsze swiêty. Gdy na wieczornym apelu jego numer byl wyznaczony na stawienie siê do transportu rano, tego wieczoru poszedlem do niego, plakalem zegnajac siê z nim, a on stal przede mna pogodny, spokojny, zapatrzony w inna rzeczywistosc, powtarzajac "Bóg wie wszystko".