Aktualności arrow Pionierzy misji arrow Ojciec tredowatych w Indiach              
Advertisement
sie 10 2007
Ojciec tredowatych w Indiach PDF Drukuj Email
Dodał: Zdzisław Grad   
10.08.2007.

 


 Czym byłby dramat milionów cierpiących z głodu i schorowanych Indyjczyków bez Kościoła Katolickiego, jego organizacji i misjonarzy? Jak wyglądałaby scena misji katolickich w świętym mieście Puri i jego okolicach, bez udziału starego i zasłużonego misjonarza o. Mariana Żelazka, Polaka i Werbisty? Takie pytania nasuwają się, kiedy wspominamy postać nestora polskich misjonarzy, który 30 stycznia został oficjalnym kandydatem do pokojowej O. Marian Żelazek urodził się w 1918 roku w Palędziu, w małej miejscowości pod Poznaniem. Jego rodzice Stanisława i Stanisław Żelazkowie mieli szesnaścioro dzieci, on był siódmym z nich. W 1926 roku cała rodzina przeniosła się do Poznania, gdzie Marian rozpoczął szkołę. Dwa lata później wstąpił do, Gimnazjum Misyjnego w Górnej Grupie a po jego ukończeniu do nowicjatu Księży Werbistów w Chludowie koło Poznania. W dniu 4 września 1939 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Niestety niezbyt długo mógł cieszyć się swoim kleryckim życiem. Wybuch II wojny światowej czasowo pokrzyżował plany młodego zakonnika.

O. Żelazek tak opisuje tamte koszmarne lata: "...22 maja 1940 roku nadjechały pod nasz Dom Misyjny w Chludowie ciężarówki Gestapo i zabrały internowanych księży wraz z naszą grupą młodych werbistów-nowicjuszy i studentów filozofii najpierw do fortu siódmego w Poznaniu, a następnego dnia - po upchaniu nas w wagonach kolejowych - do Dachau. Od chwili zamknięcia się za nami bramy obozu koncentracyjnego, staliśmy się cząstką najbardziej znienawidzonej przez gestapo grupy Pfaffów, czyli księży. I tak, za drutami obozu, zaczął się nasz powtórny nowicjat.

Trwał on pięć długich lat. Najdłuższych w moim życiu. Ale nie były to lata stracone dla przyszłej pracy misyjnej. Tam dojrzewałem, tam zrozumiałem głębię człowieka i życie. Tylko że ta 'szkoła' została opłacona ogromnymi kosztami. Spomiędzy dwudziestu sześciu młodych werbistów zabranych do obozu, dwóch zostało zwolnionych, ale czternastu złożyło życie w ofierze za swój ideał kapłana-misjonarza i za Ojczyznę. Przeżyło nas tylko dziesięciu."

Po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego o. Marian wyjechał do Rzymu na studia teologiczne, które uwieńczył dyplomem i święceniami kapłańskimi - 18 września 1948 roku. Jeszcze tego samego roku wyjechał do Indii, gdzie rozpoczął pracę misyjną trwającą do dzisiaj. O jej początkach dowiadujemy się z listów pisanych zarówno do rodziny jak i współbraci w kapłaństwie.

"Po długiej podróży statkiem wreszcie 21 marca 1950 roku dotarłem do Bombaju. W sercu było mi jakoś dziwnie. Odczuwałem niezwykłe podniecenie. Czyżby miały ziścić się moje marzenia? To był dopiero początek nieznanej mi drogi apostolskiej, W przystani czekał na mnie o. Proksch, który obsługiwał parafię pod wezwaniem św. Teresy. Jak się później okazało była to najbiedniejsze dzielnica Bombaju. Duża lepianka z drzewa, mat i starych cegieł, podpierana ze wszystkich stron, służyła za Kościół. Nasi misjonarze zaś mieszkali w wynajętym domu. Wokół rozpościerał się widok jeszcze gorszych lepianek, należących do tamtejszych ludzi. Po kilku spędzonych tam dniach pociąg relacji Bombaj - Kalkuta wiózł mnie do ostatecznego celu mojej podróży, która trwała dwa dni i dwie noce.

W Najgangpur, bo tak nazywała się stacja kolejowa, oczekiwała mnie duża grupa chłopców z naszej stacji misyjnej, wykrzykując raz po raz w swoim języku 'Nowi Ojcowie'. Miałem ochotę przemówić do nich, lecz nieznajomość języka nie pozwalała mi na to. Po godzinnej jeździe rowerami wreszcie dotarliśmy do Kesramalu, największej stacji misyjnej Werbistów, przejętej od belgijskich Jezuitów w 1948 roku, a liczącej wówczas 17 tysięcy katolików. Piękno zabudowań i krajobrazu w sposób szczególny przyciągały moją uwagę, jakby zapraszając mnie do pozostania tutaj na zawsze..."

Niezwykłość bijąca z osobowości o. Mariana, jego pobożność i zaufanie, jakim darzyli go jego przełożeni sprawiła, że w rok po jego przyjeździe, jako jeszcze młody stażem misjonarz został mianowany dyrektorem jedynego wówczas katolickiego gimnazjum na terenie Indii, liczącym 400 uczniów. Plon był obfity. Szkoła ta wydala dwóch biskupów, wielu kapłanów, licznych inżynierów i specjalistów z różnych dziedzin oraz setki nauczycieli szkół misyjnych.

Po 12-stu latach, w 1963 roku, w dowód ogromnego zaangażowania się w pracę dydaktyczno-formacyjną młodzieży, powierzono o. Żelazkowi nadzór nad wszystkimi szkołami podległymi Misji w Sambalpur. W tym okresie działalność misji katolickich wydatnie wzrosła. Obejmowała ona swoją działalnością 91 szkół podstawowych i 8 gimnazjalnych. A w roku 1968 biskup tego regionu mianował go proboszczem 5 nowych stacji misyjnych w Bondamunda.

Tam właśnie o. Marian zbudował Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej, której wizerunek sprowadził z Polski. "...jakże niezwykle, euforycznie i z wielką nutą nadziei brzmiały słowa ‘Zdrowaś Maryjo’ w ustach modlących się w języku hinduskim ludzi: ‘Namaste Mariya, Onugrobo purna, Probfou tumbboro songore...’" - pisał o. Żelazek w listach do współbraci w Polsce.
Kiedy w roku 1975 prowincja Werbistów rozszerzyła swoją działalność misyjną w Indiach, terenem pracy misyjnej miało stać się święte miasto Puri w południowym stanie Orisa.

Znajdowała się tam jedna z największych świątyń hinduistycznych, która swym bogactwem i wielkością przyciągała tysiące wiernych. Według panujących przekonań religijnych, świątynia była punktem świata, którego prawowierni bramini mieli obowiązek strzec przed profanami. Stąd nie mieli do niej dostępu tzw. naris - ludzie ubodzy i chorzy, inaczej "niedotykalni".

Już w 1922 roku, gdy hiszpańscy misjonarze odwiedzili po raz pierwszy miasto Puri, marzyli, aby w przyszłości obok świątyni Dżagannatha stanęła bazylika ku czci Najświętszej Marii Panny Niepokalanie Poczętej. I to właśnie do tego miasta, w 1975 roku, zostaje skierowany o. Żelazek, który z ogromnym wzruszeniem wspomina ten fakt: "...niezbadane są wyroki Boże... Ja, więzień Dachau, pielgrzym z dalekiej Polski, zostałem wyznaczony do urzeczywistnienia marzeń tylu hiszpańskich misjonarzy..."

W dziesięć lat później, dzięki jego staraniom, w świętym mieście hinduizmu stanął kościół ku czci Matki Bożej, wielkie dzieło polskiego misjonarza, któremu zawsze przyświecał jeden jedyny cel i hasło: "Przybliżyć ChrystusaMiasto Puri, kolebka hinduizmu w szczególny sposób pobudziło o. Mariana do jeszcze bardziej wytężonej pracy, której głównym i podstawowym kierunkiem działania byłoby nawiązanie dialogu z hinduskim społeczeństwem.

Dzięki jego staraniom, powstaje Centrum Poszukiwania Prawdy, którego celem byłby dialog pomiędzy hinduizmem a chrześcijaństwem. A oto jego słowa podkreślające ważność tej decyzji: "...przybliżając tutejszej społeczności chrześcijaństwo, zamierzałem czynić to na zasadzie szerzenia wiedzy o Chrystusie i o prawdach wiary. Jednocześnie zwracałem uwagę nowoczesnej młodzieży hinduskiej na wartości zawarte w tradycji Indii, o której młode pokolenie już zapomniało, zafascynowane współczesną cywilizacją, spychającą wielowiekową kulturę tego narodu na plan dalszy.

Tak wiec nie nakaz, nie przymus lecz dialog, wzajemne poszanowanie własnych przekonań i obustronne porozumienie może doprowadzić do obopólnego ubogacenia wewnętrznego, a co za tym idzie, do prawdziwego współżycia międzyludzkiego..."

Niezwykłym rozdziałem w życiu i działalności misyjnej o. Mariana Żelazka w Puri było podjęcie pracy wśród chorych na trąd. Idea zrodziła się spontanicznie i wypłynęła z miłości do człowieka chorego i odrzuconego przez społeczeństwo oraz z pragnienia niesienia mu pomocy. W pracę tę włożył cały swój potencjał życiowy, całą energie, inicjatywę i miłość. Od roku 1975 działalność ta stała się nie tylko jego osobistą satysfakcją, ale przede wszystkim radością życia kapłańskiego.

Podczas ostatniego urlopu w Ojczyźnie wspominał: "... w okolicach Puri istniała kolonia trędowatych. Chociaż nie była ona otoczona murem, to jednak istniały niewidzialne druty kolczaste. Było tam około stu ludzi. Nikt do nich nie zaglądał, nikt im nie pomagał. Żyli w szałasach, w domkach-ruderach, zdani tylko na samych siebie. Mieszkańcy miasta wiedzieli, że coś takiego istnieje, ale nie mówili o tym, tak jak członkowie szanującej się rodziny nie rozmawiają o krewnym, którego uczynki czy sposób życia skazały na infamię, a więc na milczenie.

Ponieważ nie byli leczeni, znaczne ubytki ciała, okaleczenia i gnijące kończyny były na porządku dziennym. Egzystencja trędowatych składała się tylko i wyłącznie z cierpienia.

Od czasu gdy zaopiekowaliśmy się nimi, w kolonii zmieniło się bardzo wiele. Od samego początku chciałem, aby żyli oni w bardziej ludzkich warunkach. Pracę rozpoczęliśmy od robienia opatrunków i czyszczenia jątrzących się ran... I w ten sposób zyskaliśmy zaufanie tych, którzy jeszcze niedawno stronili od ludzi zdrowych. Obecnie w kolonii mieszka 600 rodzin. Dzięki pomocy wielu organizacji międzynarodowych można było stworzyć schludną wioskę zapewniającą jej mieszkańcom nie tylko lepsze życie, ale przede wszystkim dostęp do lecznictwa i pracy.

Wybudowaliśmy na terenie osady przychodnię lekarską, mały szpital i pracownię ortopedyczną. Wielu z nich pracuje w przędzalni i pracowni krawieckiej. Inni wyrabiają powrozy z juty, bardzo tutaj potrzebne. Również staw rybny i kurza ferma są środkiem utrzymania dla tych biednych ludzi. Lecz najważniejszą rolę odgrywa tutaj szkoła, do której uczęszcza 420 dzieci, w tym 94 z rodzin trędowatych. W ten sposób udowodniliśmy, że trądu nie należy się bać. Można go wyleczyć. Gorszy jest trąd duchowy, którego źródła pochodzą z nienawiści, braku poszanowania i nietolerancji..."

Pod koniec filmu dokumentalnego pt. Głód miłości, o. Żelazek wyznaje: "połowa mego serca należy do Polski, a druga połowa do Indii". Potem poprawia się i mówi : "...właściwie, to całe moje serce należy do Polski i całe do Indii". O. Marian Żelazek, Polski Ambasador wśród trędowatych, Doktor Honoris Causa Uniwersytetu Poznańskiego, odznaczony wieloma międzynarodowymi nagrodami za całokształt pracy misyjnej w Indiach, pozostanie dla nas nie tylko wzorem kapłana i misjonarza, ale przede wszystkim żywym świadkiem miłości Chrystusa do najuboższych i cierpiących.

O tym sędziwym misjonarzu, napisano książki, wiersze, wydano szereg jego listów w różnych czasopismach i zrealizowano wiele filmów i reportaży, a pomimo to stale pozostaje prostym, pełnym dobroci ojcem trędowatych i najbiedniejszych spośród biednych.
 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
22 Listopada 2017
Środa
Imieniny obchodzą:
Cecylia, Marek,
Maur, Wszemiła
Do końca roku zostało 40 dni.