Aktualności arrow Misjonarze piszą arrow Pielgrzymka z przygodami w Togo              
Advertisement
sie 08 2007
Pielgrzymka z przygodami w Togo PDF Drukuj Email
Dodał: Zdzisław Grad   
08.08.2007.


Togo,Lome,Marzec,2003

Moje opowiadanie będzie o pielgrzymce, w której miałem szczęście uczestniczyć. Zostaliśmy (moi współbracia niedoli językowej i ja) zaproszeni na pielgrzymkę. Skorzystaliśmy z tego zaproszenia, ponieważ była to jedyna okazja na rekolekcje wielkopostne. Pielgrzymka miała miejsce w środkowej części Togo, w miejscowości zwanej Sokode. Organizował ją polski kapłan diecezjalny, pracujący właśnie w Sokode.

DZIEŃ PIERWSZY – woda do picia, czy do chłodnicy???

Żeby uczestniczyć w owej pielgrzymce, musieliśmy najpierw odbyć podróż samochodem. Rozpoczęliśmy owa podróż w piątek o 13.30 myśląc, że o 18.00 będziemy już na miejscu, ale zapomnieliśmy o najważniejszej rzeczy podczas podróży, a mianowicie o przygodach. Rozpoczęły się one jakieś 100 km od Lome. Jechaliśmy dość szybko, kiedy nagle w aucie dało się odczuć zapach czegoś kopcącego się. Z kursu prawa jazdy pamiętam, że w takich sytuacjach należy zatrzymać auto i sprawdzić czy owy zapach pochodzi z naszego auta, czy tez unosi się w powietrzu. Okazało się jednak, że to z naszego auta. Kiedy otwarłem maskę, można było zauważyć, że woda z naszej chłodnicy nadawała się w sam raz do zaparzenia kawy, a ze kawy nie mieliśmy, odczekaliśmy nieco, dolaliśmy trochę wody i w drogę. Przejechaliśmy jakieś dwa kilometry, kiedy znowu dało się odczuć owy zapach... Ktoś mógłby powiedzieć, przecież masz miernik temperatury wody na desce rozdzielczej. Odpowiedziałbym wtedy - oczywiście, ale niekoniecznie musi być on sprawny...

W każdym razie zatrzymałem auto, wlaliśmy resztę naszej wody do picia, zaśpiewaliśmy tak jak Beatka Kozidrak z Bajmeme, czyli "nie ma, nie ma wody na pustyni"... i pojechaliśmy dalej. Jechałem już wtedy trochę wolniej i dzięki temu mogłem przejechać trochę więcej, kiedy znowu odczułem owy specyficzny zapach. Znowu zatrzymałem samochód, a że było to obok wioski, wiec zbiegło się trochę ludzi, jakby wydarzył się jakiś wielki wypadek. No, ale dla tych ludzi było to nie lada wydarzenie, ponieważ może po raz pierwszy ktoś z białych zatrzymał się obok ich wioski. No, ale było to tez i zbawienne i dla nas, ponieważ, mieliśmy kogo poprosić o wodę.
Po chwili pewna pani przyniosła nam cala miskę wody.. Niewątpliwie była to woda, ale nikt w Polsce nie odważyłby się nawet umyć w takiej wodzie, a ci ludzie ta wodę piją... To, że ja piją, powiedzieli nam sami... Może przez to, że dali nam miskę tego, co dla nich bardzo ważne, może ktoś położył się spać, nie pijąc nic przed snem... Ale owa kobieta cieszyła się i dziękowała jak dziecko, kiedy dostała 500 franków. Może nigdy w życiu nie widziała tyle pieniędzy, ale co z tego, jak i tak nie będzie miała, gdzie to wydać.

W każdym razie, po jakimś czasie pojechaliśmy dalej, nie dużo dalej, ale zawsze bliżej Sokode. Kiedy znowu się zatrzymaliśmy, musiały już zapaść jakieś konkretne decyzje, bo w Afryce zaczęło się ciemno robić. Zatrzymaliśmy jakieś auto, które zawiozło Marka do jednej z miejscowości, w której pracuje dwóch polskich misjonarzy diecezjalnych, co by nam pomogli (oj, gdyby nie ci Polacy). On zaś pojechał i zniknął..

Zapomniałem dodać, ze jechała z nami też jedna Panienka, no i podczas owego wyczekiwania na Marka zatańczyłem po polsku z ta panią. Ale się cieszyła... Później pomodliłem się różańczykiem, a kiedy miałem już odmówić ostatnie Chwała Ojcu, zatrzymał się jakiś Pan (czyżby anioł???) pytając, co się nam stało. Podszedł, zobaczył, jeszcze raz dolał wody i doradził, żebyśmy jechali powoli, to dojedziemy tam, gdzie chcemy. Podziękowaliśmy owemu Panu, później posłuchaliśmy go, wsiedliśmy do auta i powoli zaczęliśmy jechać, aż w końcu spotkaliśmy Marka i jednego z owych Polskich misjonarzy, którzy spieszyli nam na pomoc, ale my byliśmy już samodzielni. No i zamiast o 18.00, zawitaliśmy na miejsce o 23.00.!!!

DZIEŃ DRUGI – krzaki i kamienie jak konfesjonał...

Rozpoczął się on już o 5.00 rano. Szybkie śniadanko i na pielgrzymkę trzeba było jechać. Ale nikomu się nie chciało po tych przygodach, jakie mieliśmy dzień wcześniej. No, ale w końcu jechaliśmy na pielgrzymkę, wiec wypadałoby się na niej pojawić. Kiedy tam zajechaliśmy, ludzi była cala masa. Sama młodzież. Najpierw było przywitanie ich wszystkich, później formowanie grup, no i sama pielgrzymka. Wygląda to trochę inaczej niz. w Polsce. Przede wszystkim sam dystans jest o wiele krótszy, bo szli tylko jakieś 7 km, bo w Afryce nie da się więcej iść. Na całej długości drogi, byli księża w rożnych krzakach, albo na jakiś kamieniach, które slużyły za konfesjonały i ci właśnie księża spowiadali.
Ja znalazłem sobie jakieś kamienie usiadłem na nich i czekałem na ludzi, którzy z Panem Bogiem chcieli się pogodzić. Nie wiele musiałem czekać. Siedziałem na słońcu 2 godzinki, słuchałem, cos mówiłem i co najważniejsze, rozgrzeszałem. Kiedy wszyscy w końcu doszli do wyznaczonego miejsca, czyli wielkiej groty Maryjnej, biskup rozpoczął Mszyczkę , a po niej jeszcze droga krzyżowa, konferencja i różańczyk. Wszystko zakończyło się tym, ze Pan Jezus pod postacią CHLEBA nas pobłogosławił, no i rozpierzchliśmy się, każdy do swojego domu. Ależ ja byłem zmęczony, ale i tak nie mogłem spać, bo w moim pokoju strasznie gorąco było...

DZIEŃ WYJAZDU – szybko w domu

Co by nie siedzieć w domu, wzięliśmy się w garść i znowu rano wstaliśmy, żeby na Mszyczke z ludźmi pojechać. Pojechaliśmy na jedna wioskę, gdzie miała być tylko celebracja słowa przeprowadzona przez katechiste, a tu nagle pojawiło się 4 księży i to z całego świata. Ale dla tych ludzi było to niesamowite przeżycie, a dla nas następne doświadczenie. Mszyczka się skończyła, usiedliśmy jeszcze chwile z ludźmi, wypiliśmy ich lokalne piwo, później wsiedliśmy do auta, zajechalismy na obiad i w drogę. Strach trochę był, bo co będzie, jak auto się znowu zepsuje??? Na szczęście mieliśmy numery telefonów wszystkich polskich misjonarzy, którzy pracują po drodze, wiec w razie czego, zostało tylko znaleźć telefon.
Nie było to jednak potrzebne, bo tym razem dojechaliśmy do Lome szybko (nawet bardzo szybko, bo droga sprzyjała ku szybkiej jeździe) i szczęśliwie.

Dużo może tego, ale na szczęście, większość z Was czyta ostatnie paragrafy, dlatego właśnie w ostatnim paragrafie zamieszczam prośbę. Proszę, jak zwykle o to samo. Módl się za misje i misjonarzy. Choćby jedno słowo po tym liście, to już będzie dużo, dla naszego Szefa, dla misjonarzy no i dla Ciebie, bo cokolwiek dobrego zrobicie dla jednego z tych najmniejszych, to tak jakbyście i mnie uczynili, powiedziało się kiedyś naszemu PANU...

Pozdrawiam również i jak zwykle - niech cię kochają anioły – Paweł Galla, svd
 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
22 Listopada 2017
Środa
Imieniny obchodzą:
Cecylia, Marek,
Maur, Wszemiła
Do końca roku zostało 40 dni.