Advertisement
sie 21 2014
Wywiad z O. Zdzislawem Grad SVD - misjoanarzem z Madagaskaru PDF Drukuj Email
Dodał: Krzysztof Laskowski   
21.08.2014.

AK: Jak się żyje dzieciom na Madagaskarze i dlaczego warto im pomagać w zdobywaniu wykształcenia opowiada misjonarz werbista o. Zdzisław Grad SVD, który właśnie przyjechał do Poznania podziękować tym, którzy znaleźli parę złotych i czas, by zatroszczyć się o malgaskie maluchy. Biednych, opuszczonych i głodnych dzieci nie brakuje także w Polsce. Dlaczego mielibyśmy wspierać te z Madagaskaru?

ZG: Z dobroci. Z prostej ludzkiej solidarności z potrzebującymi. Najkrócej odpowiadając. Nikogo nie zmuszamy – kto chce pomóc, pomaga. Kto nie chce, nie pomaga nam. Taką samą ideą rządzą się wszystkie organizacje humanitarne, jeśli ograniczyć się tylko do pomocy socjalnej. W pomaganiu zawsze chodzi o solidarność z drugim człowiekiem. To tyle - bez wpinania w to argumentacji religijnej. Bo z tej perspektywy pytanie jest po prostu nie na miejscu.

No to proszę powiedzieć, jak wygląda malgaska bieda.

Rzeczywiście warto dodać ten przymiotnik, bo bieda polska i bieda na Madagaskarze to zupełnie różne biedy. Tamta wynika przede wszystkim z absolutnej niemocy państwa do pomagania swym obywatelom. A Polsce brak socjalnej troski trudno zarzucić. Na Madagaskarze nie ma żadnych organizacji społecznych zajmujących się pomocą. Biedny jest pozostawiony sam sobie. Dlatego warto tę biedę zróżnicować, a wręcz stopniować – polski biedny ma jakieś mieszkanie, buty, ubranie na każdą porę roku, darmowe posiłki serwowane przez organizacje charytatywne, a malgaski nie ma dosłownie nic. Chyba że czymś nazwiemy spodenki – to dosłownie wszystko. Owszem może łatwiej niż w Polsce zdobyć jakiegoś banana, ale to i tak w porównaniu z naszym krajem wciąż niewiele.

Wygląda na to, że polski biedny może się okazać przy malgaskim całkiem zamożnym człowiekiem? Oczywiście jak na tamtejsze warunki.

No właśnie, proszę sobie wyobrazić, że w wielkim buszu jeśli już jest jakaś przychodnia lekarska, ludzie idą kilkadziesiąt kilometrów, aby uzyskać pomoc medyczną. A szkoły, jeśli w ogóle są, mają straszliwie niski poziom. W placówkach państwowych przede wszystkim mocno szwankuje dyscyplina pracy. Nauczyciel ma pracować sześć dni w tygodniu. A kto go sprawdzi w głębokim buszu, jeśli przyjdzie dwa razy w tygodniu? A to nagminna praktyka, dlatego dobrą opinią cieszą się szkoły katolickie, prywatne, choć droższe. Tutaj nauczyciel motywowany wiarą wykonuje porządnie swoje obowiązki, czyli po prostu uczy. Szkoły misyjne dają więc gwarancję nauki. Ale takiemu nauczycielowi trzeba zapłacić, więc dzieci muszą płacić czesne. I w tym miejscu wkraczamy my. Ponieważ wielu na to nie stać, trzeba uczniów dofinansować. Właśnie na takie szkoły są przeznaczone pieniądze z Polski. Ale idą one tylko na czesne – na podręczniki czy dożywianie lub ubranie już nam nie wystarczy.

No to jak konkretnie wygląda polska pomoc?

Właśnie 10 lat temu powołałem w rodzinnym Grodzisku Dolnym koło Leżajska zajmujące się między innymi Misyjną Adopcją Serca Stowarzyszenie Misyjno-Charytatywne Missio Misericordiae , które szybko znalazło chętnych do niesienia pomocy także w Wielkopolsce. A cztery lata temu dołączyło do niego Stowarzyszenie „Człowiek człowiekowi” z Golęczewa koło Poznania. Moim zamierzeniem było objęcie opieką dzieci, które nie mają szans na naukę. Na początku było to 80 dzieci z położonej w lasach wioski w jednym z najbardziej zaniedbanych regionów Madagaskaru. Ludzie utrzymują się z tu z produkcji węgla drzewnego. Ot, i cały ich zarobek. Kiedy tam przyjechałem, we wsi nie było nawet szkoły. Ale też malgascy rodzice nie palą się do kształcenia dzieci – bardziej są im potrzebne do pilnowania wołów. Dzisiaj Polacy pomagają już ponad tysiącu dzieciom z całej Czerwonej Wyspy i setce z Papui Nowej Gwinei.

Jak bardzo pomagają? To pomoc materialna, duchowa?

W naszym zamierzeniu nie ma jednej bez drugiej. Rodzice adopcyjni wspierają modlitwą i pieniędzmi konkretne dziecko. Te koszty są naprawdę niewielkie. Na początku było to 10 złotych miesięcznie, które wystarczały na miesięczne czesne jednego malucha. Potem, kiedy inflacja na Madagaskarze rosła, ta kwota zwiększyła się do 20-25 złotych. Rodzina adopcyjna zobowiązuje się płacić rok, ale z reguły czas ten jest znacznie dłuższy i kwoty znacznie większe. Z kolei nasze dzieci, okazując wdzięczność i dając dowód rodzicom adopcyjnym, że ich pieniądze nie idą na marne, dwa-trzy razy w roku piszą do nich list – po malgasku albo francusku. I – co oczywiste – także za nich się modlą.

Spotykam ludzi, którzy uważają, że nie warto wysyłać pieniędzy na takie cele, bo do dziecka trafia niewielki procent, a resztę „przejadają” pośrednicy. A tych nie mają zamiaru utrzymywać.

No to pytanie korupcję. Ale ja się nie spotkałem z takim zjawiskiem. W misyjnej adopcji serca ludzie po prostu ufają misjonarzowi. Zapewniam, że nie przejadam tych pieniędzy i jest to moja odpowiedzialność przed Bogiem. Zbierane co miesiąc w Polsce pieniądze nie trafiają do mnie bezpośrednio. Ja otrzymuję przelew od stowarzyszeń, kiedy zbierze się większa kwota – 3-4 razy do roku. Np. na przełomie 2013/2014 roku dostałem tylko z Grodziska dwukrotnie po 4 tysiące złotych. Ta kwota pokryła roczne czesne 80 dzieci.

Taka adopcja na odległość to zjawisko już utrwalone czy ludzie akcyjnie podchodzą do sprawy i po jakimś czasie najzwyczajniej im to powszednieje i zapominają płacić albo po prostu rezygnują.

Oczywiście, że to się zdarza, ale właśnie zdarza. Na szczęście dobrego serca nie brakuje Polakom i na ich miejsce przychodzą nowi. No i sam fakt istnienia adopcji już 10 lat w Grodzisku i cztery w Golęczewie, mówi sam za siebie. Łatwo policzyć, ilu nas jest, skoro jedna rodzina ma jedno dzieci, a dzieci jest grubo ponad tysiąc. Muszę powiedzieć, że Wielkopolanie są o wiele bardziej zdyscyplinowani i wierni w swych deklaracjach. Ludzie po prostu zdają sobie sprawę, że umożliwiając naukę, otwierają dzieciom okno na świat. A mamy setki tych, które mają maturę, kilkoro poszło do zakonu, kilkanaście nawet ukończyło studia. Bo znalazło się kilka osób w Polsce, które opłacały znacznie wyższe – około 150-200 złotych miesięcznie - studenckie czesne „swoim” dzieciom. A już pomijam fakt, że na Madagaskarze mimo wykształcenia czy matury strasznie trudno znaleźć pracę. Ale wykształcony młody człowiek jest lepiej przygotowany, by stawić wyzwanie światu. No a nie tracąc perspektywy religijnej należy dodać, że człowiek wykształcony jest w stanie łatwiej zasymilować wiarę. Kiedy misjonarze tworzą pierwsze ośrodki alfabetyzacji, to tworzą także podatny grunt religijny, bo jak ktoś nie umie czytać, nie przeczyta katechizmu czy Pisma Świętego.

Stowarzyszenie Misyjno-Charytatywne Missio Misericordiae

Rozmawiała: Anna Kot, Gazeta "Głos Wielkopolski"

 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
24 Lipca 2017
Poniedziałek
Imieniny obchodzą:
Antoni, Kinga,
Krystyna, Kunegunda,
Olga, Wojciecha
Do końca roku zostało 161 dni.