Advertisement
paź 25 2012
Wesoły autobus do krainy wanilii i kakao...Taxi brousse po Madagaskarze... PDF Drukuj Email
Dodał: Krzysztof Laskowski   
25.10.2012.

 Turyści, którzy przybywają na Madagaskar dla zwiedzenia Czerwonej Wyspy zwykle wsiadają w wygodny terenowy samochód 4X4 i tym sposobem nabywają znajomości krajobrazu, ludzi i kultury malgaskiej. Jest to jednak sposób, który nie daje głębokiego poznania tej ziemi i jej ludzi.

Zbyt wielki dystans od prostego ludu i jego życia. Serca Madagaskaru nie dostrzeżesz w wygodnych samochodach, bogatych restauracjach i takiż hotelach…  Trzeba zakosztować innego sposobu tzn. zniżenia się do ich poziomu życia i spróbowania spojrzenia przez ich optykę codziennego trudu i prostoty.

 Jako misjonarz ten sposób jest mi wyzwaniem a zarazem normalnym sposobem ewangelizowania stając się jednym z nich. Jako duszpasterz krajowy Odnowy w Duchu Świętym na cala Wyspę aktualnie mam ogromna szanse do jeszcze pełniejszego poznania Madagaskaru i jego kolorytów - ludzi, zwyczajów i krajobrazu. Nie bez przypadku mówi się, iż Madagaskar można swobodnie porównać do małego kontynentu zważywszy na jego różnorodność.

 Tym razem z posługą rekolekcji charyzmatycznych wraz z moją krajową  ekipą  udałem się aż w okolice diecezji Ambanja i Diego, tj. do krainy wanilii i kakao.  To niebagatelny dystans bo aż około 1 400 kilometrów. Aby pokonać taki dystans nie mamy wielkiego wyboru tutaj na Madagaskarze. Bogatsi turyści i biznesmeni pokonują te odległość zwykle samolotem, albo wygodną  Toyotą . Prosty lud zdany jest na taxi brousse, w tym wypadku na tzw. ciężarówkę przerobioną  na „autobus osobowy”….

 Istna mordęga… 7 października sobotnim popołudniem ruszyliśmy na podbój północno-wschodniego zakątka Madagaskaru. Dotarcie na miejsce zabrało nam „tylko 38 godzin”….powrót z przygodami nieco więcej bo „tylko 52 godziny”, co oznacza 3 dni i dwie noce w ciężarówce. Nie ma postoju na nocleg!
Nie bez przypadku na tytuł tego mojego opowiadania wybrałem nazwę „wesoły autobus”… Będąc jednym z podróżnych,  w grupie ponad 60 osób zbitych jak sardynki w metalowym „pudełku” i podczas tak wielu godzin, doświadcza się tak wielu zabawnych historii i wydarzeń, iż nazwa oddaje istotę rzeczy.

 Nasza podróż rozpoczyna się ze stolicy Madagaskaru Antananarivo. Odjazd jest przewidziany na 16.00. Rano byłem zmuszony udać się 100 km do miasteczka Moramanga na ślub. Nie zdążyłem nawet zjeść ślubnego obiadu, bo musiałem spieszyć się na te 16.00 z powrotem do stolicy. Jakbym zapomniał ze jestem na Madagaskarze i ze czas jest tutaj mierzony inną miarą. Zdążyłem na przystanek na czas, ale nasz odjazd miał miejsce 3 godziny później! W Europie chyba byś się spalił z nerwów…tutaj jeśli chcesz przeżyć musisz mieć cierpliwość we wszelkich sprawach.

 Drugim zabawnym punktem programu podroży jest dobór miejsc i ilość osób w jednym rzędzie. Rzadko zdarza się, aby odbyło się to na spokojnie. Organizacja nie jest mocną stroną Malgaszy. Jakiś bałagan i pomyłki i przekręty  muszą być, co sprawia bajzel ogólny i wstępne kłótnie pomiędzy pasażerami i kierowcami. Istny Madagaskar…jak mówi nasze polskie przysłowie! Nasza ekipa liczy 7 osób. Dostaliśmy się w dwa rzędy, gdzie normalnie jest przewidziane 6 osób. Ależ gdzie tam! Kierowca tez musi zarobić. Dociska siódmą osobę.

Gdyby ta podróż trwała 2 godziny to bagatela, ale mamy przed sobą ponad 30 albo i więcej… Nie masz wyjścia przyjacielu, zdany jesteś na los „borokow” , którzy nie przejmują się tzw. „prawami człowieka”. Chcesz jechać to musisz się pogodzić z ich kaprysami.

 Jazda taxi brousse na Madagaskarze nie jest mi nowiną. Od 20 lat mojego pobytu często byłem zmuszony na taki środek. Tym częściej od kilku lat wizytując różne diecezje na wyspie. Jednak tym monstrum jakim jest ciężarówka przyszło mi się zmierzyć po raz pierwszy. Miejsca są oczywiście ponumerowane, ale w niektórych na jedną osobę nie przypada nawet 25 cm…to chyba za mało jak na tak długą podróż… Przed sobą tez nie masz wielkiej odległości, aby swobodnie wyciągnąć nogi…to nie samolot mój drogi…to prawie jak transport wołów…

Zatem psychicznie ustawieni, ze to się nie skończy za parę godzin i ze wiele trzeba będzie wycierpieć ruszamy. Ze stolicy Antananarivo położonej mniej więcej w środku wyspy najpierw na północny zachód do krainy kakao czyli Ambanja -950 km. Stamtąd obrót o 90 na stopni na wschodnie wybrzeże do Vohemar i lekko na południe do Sambava - stolicy wanilii. Innej drogi nie ma tzn. drogi wzdłuż wschodniego wybrzeża, trzeba jechać kołem…dosłownie.

 Główną atrakcją jaką ofiaruje kierowca swoim podróżnym jest muzyka. Wali się na nasze głowy, przepraszam uszy z ognistymi malgaskimi rytmami i na cały glos. Nie masz prawa zasnąć…jedynie zdrzemnąć się i tak dniem i nocą. Jako jedyny biały człowiek i ksiądz mam większy status, dlatego odważam się krzyczeć często, ze za głośno. Inni pogodzeni z losem milczą. Aby nas umilić kierowca puszcza kilka religijnych piosenek i to katolickich. Katolicka cześć autobusu dołącza się do radiowej muzyki i wspólnie śpiewa. Później poleca protestanckie a w końcu światowe. Każdy gdzieś tam się odnajdzie. Jest zatem wesoło!

 Cechą charakteru, którą ogromnie cenie u Malgaszy jest ogólna otwartość na kontakt międzyludzki. My biali ludzi podróżując zwykle zamykamy się w grocie milczenia z posępnym wzrokiem i własnymi myślami. Tutaj jest inaczej. Jestem atrakcją dla towarzyszy podroży. Biały człowiek czyli „VAZAHA” zdecydował się na taki wymagający środek podroży to już cos. W dodatku mówi po ichniemu czyli malgasku i to bez kompleksów. W dodatku otoczony swoją ekipą żartując i przekomarzając się. Nawiązują się nowe znajomości, ludzie spontanicznie otwierają się, niektórzy przyznają się tez są chrześcijanami. Jest swojsko, dzielimy wspólny los.

 Kolejną atrakcją są okazyjne postoje gdzieś pośrodku dzikich pól, lasów czy stepu. Kierowca w miarę starannie dobiera miejsca, aby ludzie obojga płci bez żenady udali się na miejsca osobne…Czy mi się chce czy nie wychodzę za każdym razem, aby wyprostować nogi. Opuchlizna na nogach i kostkach wprawiła mnie w zdumienie. Tak jakbym miał skrzydła u piet. To skutek siedzenia tak wielu godzin bez możliwości ruchu. Przypomina się seminaryjne hasło powołaniowe –„Ty tez możesz zostać misjonarzem…”. Właśnie doświadczam realiów misyjnych na …nogach.

 Kolejne postoje co kilkaset czy kilkadziesiąt kilometrów ( w zależności od stanu dróg) odmierzane są potrzebą posiłku w tradycyjnych buszowych barach czyli „Hotely malagasy”. Normalny żołądek białego człowieka nie stawi czoła takiemu wyzwaniu. Dzięki  Bogu w powołanie misyjne wpisana jest laska strawienia wielu lokalnych potraw i w rożnej skali higieny. Mimo, ze jestem zaprawiony w korzystaniu z przydrożnych restauracji, to jednak ze względu na podróż wybieram standard tj. rosołek z malgaskiego kurczaka. Najbezpieczniejsza potrawa dla podróżnych. Zapamiętaj to jak będziesz na Madagaskarze. Problem w tym, ze podróż trwa 3 dni i zwykle je się 3 razy w ciągu dnia…za każdym razem rosołek? Dla odmiany dałem się po raz pierwszy namówić na deser z szarańczy. A co!

 Trzeci rodzaj postojów jest wymuszony. To jakże częste posterunki policji i żandarmerii. Naliczyłem iż na całej trasie było ich około 40! Czemu służą? Prawie niczemu. Nie! Mylę się. To już sformalizowany pobór symbolicznego haraczu przez oficjalnych stróży prawa. Żadna taxi brousse nie prześliźnie się. W zależności od ciężaru „przestępstwa” , albo aby uniknąć nie potrzebnych kontroli wszyscy kierowcy z góry przygotowują stożek banknotów, którymi będą obdarowywać poszczególne posterunki policji. Przegląd dokumentów jest jedynie maska i okazja, aby dyskretnie pobrać „ofiare” z taxi. I tak dzieje się na całym Madagaskarze. Na posterunkach dróg tłumy stróżów prawa, zaś w buszu nie ma kto bronić przed napadami zbójów malgaskich. Taka sytuacja to układ umowny i zmowny, na który rząd nie reaguje.

 Spora część naszej trasy do dobry asfalt położony kilka lat temu. Ta nowa droga otwarła bardziej północną część Wyspy na cały kraj. Tutaj nasz kierowca grzeje ile fabryka daje. Nie przeszkadza mu ze hamulce jego ciężarówki mają wiele uchybień. Nadrabia stracony czas, a my pomnażamy bezpieczeństwo drogi aktami do Jezusa Miłosiernego…Gehenna naszej podróży rozpoczyna się po przebyciu 1000 kilometrów. Od miasta Ambilobe (zachód Wyspy) do miasta Vohemar (wschód Wyspy) dzieli 150 km, co przekłada się na 14 godzin nocą…

 Nasz wehikuł jako ciężarówka musi zwalniać przy każdej dziurze, a wybojów i dziur na całej trasie jest 90%. Kołyszemy się ( dosłownie obijamy o siebie lub o ściany ciężarówki) od wieczora do rana około 14 godzin. O spaniu trudno mówić skoro głowa i tułów lata ci jak w koszykówce. Na pól drzemiąc nadrabiam nie odmówiony brewiarz zastępując go różańcem i wszelkiej maści koronkami, które znam na pamięć. To jedyny plus tej podróży ..ha ha. Cale zmęczenie ofiaruje, aby rekolekcje, które są przed nami dały obfity owoc nawrócenia. Zwykle za każdym razem gdziekolwiek się udaje Opatrzność Boża daje nam wiele i różnych okazji, aby nasze oddanie sprawie Bożej było autentyczne. Zatem już się nie dziwimy, ze jakieś przygody się trafiają wymagając poświecenia. To nasz chleb codzienny.

W naszą podróż wpleciona jest niedziela. Mamy problem, gdzie odprawić msze świętą. Przy jednym postoju na posiłek  w mieście Port Berge decyduje się, aby odprawić msze na wolnym straganie tuz przy ulicy. Do naszej grupki dołącza się zaledwie dwóch innych pasażerów. To uświadamia mi, ze Madagaskar to nadal teren pierwszej ewangelizacji.

 Krajoznawczo dla nowicjuszy taka podróż to wielkie odkrycie fauny i flory Madagaskaru. Ze stolicy Antananarivo, gdzie panuje klimat umiarkowany ( w zimie do 5 stopni plus) udajemy się na zachód. Tu jest klimat najbardziej gorący i suchy, co od razu widać na przyrodzie, chatach malgaskich, rysach twarzy i sposobie ubierania się. Zmienia się szczególnie akcent mówienia. Niby to malgaski, ale z trudem niekiedy lapie sens. Tutaj raczej się śpiewa niż mówi…Z takiej scenerii udajemy się do innego klimatu w okolice Sambava, tuz nad Oceanem Indyjskim. Klimat wilgotny i dosyć gorący. Dużo deszczu i malarycznie. To kraina wanilii.

 Jej zapach rozchodzi się po całym miasteczku, gdzie wiele jest magazynów wanilii. Jeśli jest się gościem u znajomych, to w prezencie otrzymuje się wiązankę wanilii. Tak tez się stało i ze mną. Dotarłszy do celu wspólnota Sióstr Serca Jezusowego na pamiątkę za trud podróży ofiaruje mi dzbanuszek upleciony z pachnącej wanilii. Tradycji stało się zadość.

 

      

      

O. Zdzislaw GRAD,svd misjonarz z Madagaskaru,
październik 2012 -Antananarivo

 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
18 Listopada 2017
Sobota
Imieniny obchodzą:
Aniela, Cieszymysł,
Filipina, Galezy,
Klaudyna, Odo, Otto,
Roman, Tomasz
Do końca roku zostało 44 dni.