Aktualności arrow Misjonarze piszą arrow Swiecenia pierwszego Werbisty na Madagaskarze              
Advertisement
sie 27 2009
Swiecenia pierwszego Werbisty na Madagaskarze PDF Drukuj Email
Dodał: Krzysztof Laskowski   
27.08.2009.

Moi Drodzy !

o. Albert Mamonjisoa SVD – pierwszy Werbista

Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam z chlodnego obecnie Madagaskaru. Co prawda pora deszczowa minela, ale to teraz Madagaskar nawiedzaja chlodne noce, szczegolnie w regionach polozonych juz powyzej 500 m. n.p.m. Ostatnio troche wialo i nawet w naszym domu robilo sie okropnie zimno. No kto by pomyslal, ze trzeba spac w polarze, bo koldry nie ma pod reka ...

 

Obecnie korzystam z malego oddechu, a to dzieki wydarzeniu w naszej Regii Madagaskar. Wyjechalem z Ambatondrazaka na dobre 2 tygodnie, by uczestniczyc w pierwszych swieceniach Malgasza werbisty. Albert niedawno powrocil z Konga gdzie zakonczyl swoja formacje. Po 20 latach naszej obecnosci na wyspie to on jest pierwszym, takim bardziej widzialnym i zywym owocem naszej misyjnej dzialalnosci.

Albert pochodzi z Ihosy, poludniowego regionu wyspy, ale to tu, w diecezji Mananjary poprosil o swiecenia. To tu zaczela sie jego przygoda z SVD okolo dziesiec lat temu. Tak wiec 2 lipca wraz z Louisem ruszylismy w strone Mananjary. W pierwszy dzien pokonalismy ogrom drogi (670 km), by dotrzec do Fianarantsoa. Zachaczylismy o to miasto, bo moj proboszcz musial wyrobic sobie duplikat prawa jazdy. W naszym domu formacyjnym nie zastalismy prawie nikogo. Seminarzysci wraz z o. Jerrym i Jozefem udali sie juz do Mananjary, by pomoc w przygotowaniach do uroczystosci swiecen kaplanskich. Albert mial byc swiecony wraz z jednym diakonem diecezjalnym.

Wypadek

 W piatek (3 lipca) , jak juz wszystkie papierkowe sprawy dopielismy i juz zasiedlismy do auta, by ruszyc w droge, otrzymalem telefon. Niedaleko od skrzyzowania w kierunku Mananjary, mieli wypadek goscie Alberta, ktorzy zmierzali ze stolicy na jego swiecenia. Albert za duzo nie wiedzial. Poprosil tylko czy moglibysmy tam pojechac i zobaczyc jak sprawy wygladaja. Bylismy najblizej, bo wystarczylo bysmy odbili na powrot w strone stolicy jakies 45 km. Taki telefon, prosba, troche emocji i za chwile podazalismy pospiesznie w poszukiwaniu poszkodowanych. Albert podal namiary miejsca wypadku. Przejechalismy to miejsce i nic poza mala grupka ludzi, zgromadzonej przy drodze. No ale nie zwrocilo to naszej uwagi, gdyz Malgasze to grupkami chodza, a ta zachowywala sie jakby zbierali sie do drogia na targowisko.

Pojechalismy pare kilometrow dalej i nic. Zatrzymalismy jedna ciezarowke, zapytanie, czy widzieli jakis wypadek i ... nic. Znalezlismy siec, dzwonimy do Alberta i tez nic. Kontakt z wypadkowiczami sie stracil. Powracamy, bo tylka ta grupka ludzi mi switala w glowie. No a kto, by pomyslal, ze to tam, a auto lezy pare metrow w dol pobocza, w ryzowisku. I tak bylo. Po prostu jadac z przeciwnej strony nie bylismy w stanie zauwazyc auta i nawet ludzi z zandarmerii, ktorzy juz w tym czasie spisywali okolicznosci wypadku.

No jak zobaczylismy auto i miejsce jego polozenia to troche sie wlos zjezyl. Jak sie okazalo w Pegeot 205 jechalo 7 osob, 5 doroslych i dwojka dzieci. Mozna powiedziec, ze nic nikomu sie nie stalo. Goscie Alberta wyjechali o 1 w nocy, by dotrzec rankiem do Fianarantsoa. Rankiem, okolo 9:30, zapewne wszyscy spali zmeczeni, no i kierowca tez przymknal oko. Po czym zjechal z drogi i stoczyli sie wywracajac auto na bok i tak sturlali sie na suche pole po ryzu. Auto troche sie poobijalo z kazdej strony, poszlo pare szyb i naruszona zostala znacznie przednia konstrukcja (rozbity radiator i chlodnica). Jak Aina (kierowca) zjezdzal z drogi – jakby tego jeszcze bylo malo - potracil lekko jednego przechodnia raniac go w noge.

Jechali jednak na swiecenia kaplanskie i tu chyba mozna dopatrywac sie boskiej interwencji. Ogolnie wszyscy byli w szoku i nie mysleli nawet juz o swieceniach. Chcieli wracac, bo co robic z autem w i ogole. Po chwili namyslu z naszej strony zaproponowalismy im, by tak latwo sie nie “poddawali”. Wszyscy sa przy zyciu, tak wiec tylko trzeba “posprzatac” auto, a reszta moze jechac z nami do Mananjary. W toyocie mielismy komplet, a na “pace” jeszcze sporo miejsca. Pokonczylismy wszyskie sprawy z zandarmami i rozpoczela sie wspolna debata na temat ostatecznej decyzji. W trakcie rozmowy nadjechal i zatrzymal sie tir wiozacy wielka koparke. Jakby spadl z nieba. Zaraz ruszyly negocjacje i za niewielka sume wyciagnal naszego biednego “pezocika”. Po malym ogladzie i poradzie zandarma przymocowalismy za pomoca drewnianego kolka (no wlasnie ...) auto do naszej toyotki i odtransportowalismy je do bazy zandarmerii polozonej o 7 km od miejsca zdarzenia. W ten oto sposob, cala ekipa z Pegeota mogla udac sie wraz z nami w kierunku Mananjary. Dojechalismy poznym wieczorem, napotykajac jeszcze jeden wypadek po drodze (co za dzien!).

Kamerowanie

 Na swiecenia zabralem ze soba Liva – jednego z ekipy, ktora formuje sie do radia w Ambatondrazaka. Chcialem aby pomogl mi przy filmowaniu swiecen. Dla urozmaicenia chcielismy zrobic troche malych “wywiadow”, coby ozywic te filmowa relacje o swieceniach. Miala to byc tez okazja do nawiazania kontaktow z grupa Radia Aina z Mananjary. Nagralem sporo materialu i mam nadzieje, ze nakrecone relacje z rodzina i znajomymi ozywia te historyczna relacje, bo po 20 latach pracy werbistow na Czerwonej Wyspie mamy ksiedza Malgasza SVD.

To filmowanie to dla mnie powrot do video po dlugim czasie. Ciesze sie z tego, bo ostatnie, trudne zmagania jesli chodzi o radio, troche mnie zmeczyly. Mamy sporo niewiadomych z powodu roznych oczekiwan diecezji, ktore nie sa jeszcze jasne i klarowne. To kolejne filmowanie to dla mnie chyba nowy podmuch na prace z obrazem. To wielka robota i na powrot czuje, ze potrzeba do tego dobrej ekipy. Moze cos w tym rusze, czekajac na konkrety w radio.

Swiecenia wypadly dobrze. Nie bylo specjalnych atrakcji czy animacji przed. Tlumaczono sie czasem egzaminow we wszystkich szkolach. Nie mniej troche braklo “szumu” o werbistach, bo jakie inne wydarzenie jak swiecenia sie do tego nadaje... 

 W radio Aina spedzilem pare dni po swieceniach. Zajezdzalem tam, by pomoc troche jesli chodzi o przeglad komputerow. Mieli ostatnio wypadek podczas cyklonu. Drzewo spadlo na linki przytrzymujace antene i szczyt anteny spadl na budynek radia. W ten sposob przez cala noc troche napadalo im do glownego studia. Zabraklo troche czlowieka, ktory zatroskalby sie i sprawdzil, czy w radio wszystko ok. Troche tam powalczylem, bo mieli sporo usterek. Cos tam sie udalo, a niektore rzeczy zabralem do naprawy do stolicy. Z prawie cala ekipa, wraz z Liva, spotkalismy sie w przytulnym resto i wymienilismy troche pogladow, trosk i radosci na temat pracy w radio. Maja troche problemow, ale w porownaniu z nami to nic. Ich radio po prostu dziala. Maja troche mala ekipa, stad wiele pracy, by utrzymac ustalony program. Juz nie mowiac jak ktos jest chory lub w terenie. Walcza jednak dzielnie. U nas jeszcze o radio nie mozna mowic. Daleka droga, ale tu dzis nie bede sie o tym rozwlekal.

Tydzien w Mananjary.

W kolejna niedziele (12 lipca) byly przewidziane prymicje Alberta w jego rodzinnej parafii. Z tego to powodu pozostalem w Mananjary i nie wracalem wraz z Louisem do naszej polnocnej parafii. Troche odetchnalem podczas tygodnia, odwiedzilem pare osob, a wiekszosc czasu jak pisalem, spedzilem w Radio Aina. Jednego dnia Gallus poprosil mnie o odebranie gosci Alberta z pewnej wioski, ktora zapadla mi w pamieci. Pewna czesc gosci Alberta chciala zrobic sobie przejazdzke po kanale Pangalana. Wraz z Pawlem ruszyli w strone jego dystryktu i z lodki podziwiali uroki regionu, gdyz po raz pierwszy goscili w tych stronach. Mieli wysiasc w wiosce Mahela i stamtad przejsc troche na pieszo i pirogiem do znanej mi wioski Anilavinany. Dla tych co sledza od dawna me relacja ta nazwa nie powinna brzmiec obco, bo to w tej wiosce odbywa sie co roku swieto rybakow, ktore kiedys opisywalem. Polozenie tej wioski tez jest szczegolne, gdyz stojac na waskim pasie ziemi, z jednej strony widzi sie jezioro, a po obrocie o 180 stopnie mozna podziwiac wzburzone fale oceanu. Oprocz tego klimat rybacki i liczne palmy robia specyficzny klimat. Z niemalymi emocjami ruszylem do tej wioski.

Po pierwsze jak ruszylem gallusowa starsza juz Toyota Land Cruiser to sie wystraszylem, bo oprocz dziwnych dzwiekow mocno sciagalo kierownice w prawo. Dawno nie jechalem ta droga, a wiedzialem, ze jest nielatwa bo ciagnie sie wzdluz oceanu. Duzo piachu i zdradliwych miejsc, w ktorych trzeba uzywac napedu 4x4. Nie bylem pewny jak to dziala w gallusowej “limuzynie”.

Zatankowalem i ruszylem. Dodatkowa obawa byl czas, bo wyjechalem juz troche pozno. Jakbym napotkal na trudnosci, goscie musieliby czekac w wiosce, a powoli zblizal sie wieczor. Jechalem sam, ale na szczescie nie bylo zbytnich niespodzianek. O ile karawan Pawla po asfalcie nie wzbudzal zaufania, to jak wjechal w blota i piachy nie bylo problemu. Naped 4x4 dzialal bez zarzutu. To w tych warunkach to auto czulo sie najlepiej i porykiwalo wesolo, pokonujac te gory piachu. Pamietalem jedno miejsce gdzie czesto ocean wplywa, a wiatr nanosi gory piachu i to tam spodziewalem sie trudnosci. Jednak obylo sie bez niespodzianek. Po godzinie ostrej jazdy dojechalem do Anilavinany, ktora powitala mnie spora grupa ludzi i dzieci. Oczywiscie nieliczni tylko mnie pamietali. Zapytalem czy goscie juz przybyli i zdziwilem sie, ze nikogo jeszcze nie bylo. To ja bylem spozniony i nie wiedzialem ile teraz bede czekal na nich. Nie myslalem dlugo i poszedlem do znanej rodziny. Tam powitali mnie z radoscia.

Pamietam ich, jak jeszcze byli jedna z kilku chrzescijanskich rodzin w tej wiosce, ktora niezbyt byla przychylna do obecnosci misjonarzy. Dzis sporo juz sie zmienilo. To dzieki animacji SVD i takze czestej obecnosci biskupa na swiecie rybakow (Sw. Piotra i Pawla). Ihosy – To nazwa stolicy mieszkancow jednego z poludniowych regionow Madagaskaru. To tam udawalem sie na 12 czerwca, dzien prymicji naszego nowo-wyswieconego Alberta. Musze przyznac, ze podczas nakrecania materialow podczas swiecen, staralem sie nawiazac kontakt z rodzina Alberta. No wiecie, tak w klimacie polskich prymicji i rodzin werbistowskich. Rodzice Alberta, jak i cala rodzinka byli troche “wystraszeni”. No po prostu obco sie czuli, bo to pierwszy raz byli w tamtych stronach wschodniego wybrzeza. A oni to z wyzyn poludniowych ... kawal drogi dla Malgaszy. No nie dla nas, werbistow, obiezyswiatow, a niektorzy mowia, ze my to “powsinogi”. No ja tam nie bede poddawal tego komentarzom. Wielu z nas zna cene za te “podrozowanie” i trzeba co dzien regulowac za to “rachunek”.

ciąg dalszy listu tutaj

 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
22 Września 2017
Piątek
Imieniny obchodzą:
Joachim, Joachima,
Maurycy, Prosimir,
Tomasz
Do końca roku zostało 101 dni.