Aktualności arrow Świadectwa z misji arrow O. Żelazek, svd-Indie              
Advertisement
sie 13 2007
O. Żelazek, svd-Indie PDF Drukuj Email
Dodał: Zdzisław Grad   
13.08.2007.

 

Wiara jest sprawą łaski. Nie możemy spodziewać się, że już jutro nawrócimy kilkaset milionów hinduistów. Należy prowadzić dialog i dawać świadectwo Ewangelii. Pewnego razu, niedługo po moim przyjeździe do Puri, na teren misji wszedł mały chłopiec. Gdy jego ojciec dowiedział się o tym, nakazał mu wykąpać się w morzu. Uważał, że syn pokalał się, wchodząc na nieczysty teren chrześcijańskiej misji. A dzisiaj do naszej biblioteki i czytelni przychodzą przede wszystkim hinduiści. Dwa lata temu główny kapłan w świątyni Dżagannathy wziął udział w złotym jubileuszu mojego kapłaństwa i nawet przemawiał. Kilkanaście lat wcześniej byłoby to niemożliwe.

Musimy pamiętać o biednych i opuszczonych.

Misjonarz musi mieć wielki szacunek dla drugiego człowieka, dla jego przekonań religijnych. Gdybyśmy okazywali pogardę wobec kultury czy wierzeń ludzi, wśród których pracujemy, zostalibyśmy przez nich odrzuceni. Niestety, protestanci często idą "na skróty". I to musi wywoływać reakcję obronną. Tylko misjonarz żyjący głęboką wiarą, uprzejmy i tak zwyczajnie dobry, może przybliżyć ludziom Chrystusa. Sama działalność społeczna czy charytatywna nie będzie przemawiać do hinduistów bardziej wykształconych. Oni chcą się przekonać, czy misjonarz jest człowiekiem Bożym. Bo im bardziej odkrywają w nim Boga, tym bardziej go szanują.

My, misjonarze, staramy się stale pamiętać, że ci, którzy są biedni i opuszczeni - to nasi bracia w Chrystusie, to dzieci Boga. Moje drzwi są otwarte dla każdego i cieszę się, że ludzie przychodzą do mnie, nawet gdy pora niezupełnie jest odpowiednia. Bo jeśli kapłan odgrodzi się od ludzi, chociażby domofonem, to wielu do niego nie trafi. Tak myślę. Zawsze ustawiałem swój rozkład dnia tak, żeby nawet w ostatniej chwili móc przełożyć wyjazd na później, jeśli będzie trzeba komuś pomóc. Żaden hinduista nie pozwoliłby usiąść trędowatemu w swojej obecności. Do mnie trędowaci przychodzą, kiedy chcą. Rozmawiamy, częstuję ich herbatą. Pojawiają się w ich oczach łzy wzruszenia, bo nawet dla nich jest to niewyobrażalne. Oczywiście, trzeba też mieć czas na odpoczynek, ale ważniejsza jest dyspozycyjność wobec tych, którzy chcą się spotkać z kapłanem.

Na drodze świętości

Na pewno pragnienie świętości jest czymś bardzo ważnym. Sam często odczuwam, że nie jestem tym, kim powinienem być. To moje pragnienie, aby być ciągle lepszym, zaczęło się już w obozie. Pomagało się najbliższemu współwięźniowi w drodze powrotnej do obozu. Jak już nie mógł dać sobie rady, niosło się za niego kamień. Nagrodą było jego zaskoczenie. Teraz, im jestem starszy, tym bardziej odczuwam, że istnieje wielka różnica między ideałem a rzeczywistością. Ale to nie odbiera mi otuchy...

Misjonarz powinien być marzycielem, ale i twardo stąpać po ziemi. Powinien stale dążyć do tego, by zrobić jeszcze coś więcej. Nigdy nie może zapominać, że motywem jego pracy może być jedynie miłość Chrystusowa. Jeśli jej zabraknie w życiu misjonarza, stanie się on tylko zwykłym społecznikiem. Przestanie być świadkiem Ewangelii. W warunkach misyjnych sprawdziany pojawiają się szybko. Na przykład kilka razy pomagałem trędowatym, którymi nawet wyszkoleni medycy nie chcieli się zająć. W ich ranach zalęgły się robaki, widok był okropny. Nie można było patrzeć. I w tamtych chwilach przypominałem sobie słowa Chrystusa: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili..." Myślę, że kapłan nie może przywiązywać się do rzeczy materialnych. Raczej powinniśmy umieć się dzielić tym, co mamy. Na przykład nigdy nie uważałem, że tylko ja mogę korzystać z samochodu przydzielonego mojej misji. Tak samo dzielę się jedzeniem z innymi.

Moje doświadczenie Boga

Hinduiści zwracają uwagę na osobiste "doświadczenie" Boga poprzez medytację. My zaś doświadczamy bliskości Chrystusa przede wszystkim w Eucharystii. I nie jest to sprawa uczucia, ale wiary w Jego realną obecność w kruchym opłatku. "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli..." Nie powinniśmy budować naszego życia duchowego na uczuciach. Chociaż pamiętam dwie wzruszające chwile, gdy miałem wrażenie, że Chrystus jest naprawdę blisko mnie. Wiozłem ambulansem do szpitala staruszka ze strasznie poranioną twarzą. Kiedy przejeżdżaliśmy koło hinduskiej świątyni, on zaczął śpiewać: "Niech żyje Jezus, niech żyje Pan".

Chrystus był tuż obok mnie... Innym razem przyszedłem do lepianki, gdzie umierała stara kobieta, bardzo zniekształcona przez trąd. Pocieszałem ją, że kiedyś spotkamy się w lepszym świecie, jak uczy Jezus Chrystus. A ona mówiła: "O nie, ty nie umrzesz". I głaskała moją twarz kikutem swej ręki. Znów doświadczyłem szczególnej bliskości Zbawiciela. On wszedł do tej chatki. Ale to są sprawy drugorzędne. Nigdy nie pragnąłem jakichś silnych, nadzwyczajnych przeżyć, ani nie budowałem na nich swojej wiary. Jestem głęboko przekonany, że miłość, nadzieję i wiarę należy umacniać modlitwą.

Bo największym zagrożeniem dla życia duchowego misjonarzy jest to, że możemy pracować dla Chrystusa, ale bez Chrystusa. Przez cały dzień możemy biegać, działać - dla naszego Pana, i nie mieć czasu, by odwiedzić Go w świą-tyni, pomodlić się. Aby był to naprawdę owocny dzień, trzeba znaleźć chwile na adorację przed Najświętszym Sakramentem. Jakże ważna i potrzebna jest modlitwa brewiarzowa. Modlitwa jest niezbędna jak jedzenie. Gdy ją zaniedbamy, wszelkie nasze wysiłki będą bezowocne. I nie można oczekiwać po modlitwie jakiejś swoistej, uczuciowej pociechy. Ona jest naszym kapłańskim obowiązkiem.

Moją ulubioną modlitwą jest Różaniec. On mi towarzyszy od dziecięcych lat. Gdy złożyłem podanie do gimnazjum, mój Tata zadeklarował, że może płacić 15 złotych. To znaczy prawie nic, ale dla rodziców dużo, bo było nas czternaścioro. Cały miesiąc spędziłem u stóp Matki Bożej, prosząc, by mnie przyjęli, mimo że mogłem płacić tak niewiele. No i przyjęli mnie. W hitlerowskim obozie odmawialiśmy Różaniec bardzo często. Była to dla nas najpiękniejsza modlitwa. Powtarzaliśmy ją, idąc w kolumnach, nosząc kamienie. Umacniała nas. Teraz odmawiam codziennie choćby jedną dziesiątkę.

Samotność na misjach

Nie dzielę swojego serca na Indie i Polskę. Nie należy dzielić serca. Mam całe serce dla Ojczyzny i dla Indii. Czasem coś się tam, do serca, zakrada. Zwłaszcza gdy wspominam piękne lasy w Poznańskiem. Ale to tylko pokusa, więc trzeba ją zwalczać. Chyba chciałbym pozostać do końca tam, gdzie pracowałem. Teraz mieszkam sam w małym domku, wokół którego organizuję chrześcijański aśram, czyli centrum rekolekcyjne dla chrześcijan i hinduistów. Wstaję o 5.00 rano. Kąpiel, małe ćwiczenia jogi, modlitwa. Na 6.00 jadę ambulansem do sióstr, gdzie odprawiam Mszę św. Dwa razy w tygodniu sprawuję Mszę św. w naszym kościele, na którą przychodzą wszystkie siostry. W ten sposób dajemy świadectwo, że jesteśmy razem i że wspólnie się modlimy. Po śniadaniu wracam do domu. Teraz mam czas na osobistą modlitwę. Ta godzina jest dla mnie bardzo ważna i wszyscy to szanują. Po dziewiątej - spotkania i załatwianie różnych spraw. Po obiedzie - godzina sjesty. Całe popołudnie spędzam przeważnie w kolonii trędowatych. Po kolacji brewiarz, modlitwy. I czytanie książki do północy.

Tam, w Indiach moją największą radością jest to, że reprezentuję Kogoś niewidzialnego, aczkolwiek rzeczywistego. Codziennie składam Eucharystyczną Ofiarę Bogu w imieniu całego świata. Nigdy nie przerażało mnie to, że tak mało ludzi uczestniczy we Mszy świętej. Samotność kapłana na misjach, może bardziej intensywna niż księdza w Polsce, dodaje pracy misyjnej szczególnego uroku. Klerykom zawsze mówię, żeby wspinali się na górę kapłaństwa, jak alpiniści na Mount Everest. Bo gdy dojdą, roztoczą się przed nimi piękne krajobrazy niezwykłych możliwości, wielkich wyzwań. Na misjach łatwiej jest "sportowcom". Ale jeśli ktoś ma wszczepio-nego ducha poświęcenia, to i tak się zahartuje, choćby był wcześniej chuderlakiem. Załamują się ci, którym brak ufności i wrodzonego ducha poświęcenia. Także ci, którzy mają słaby charakter. Jeśli będziemy brać swój codzienny krzyż jako coś naturalnego, to z pewnością będziemy szczęśliwi. A inni z nami.

Opr. Andrzej Sujka,svd

 

 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
22 Listopada 2017
Środa
Imieniny obchodzą:
Cecylia, Marek,
Maur, Wszemiła
Do końca roku zostało 40 dni.