Aktualności arrow Świadectwa z misji arrow o. Nowak, svd-Japonia              
Advertisement
sie 13 2007
o. Nowak, svd-Japonia PDF Drukuj Email
Dodał: Zdzisław Grad   
13.08.2007.

 


Wydarzeniem, które najbardziej wpłynęło na przebieg mojego życia, było doświadczenie żywej obecności Jezusa. Wprawdzie także przedtem wierzyłem, że Jezus jest Bogiem i Zbawicielem świata oraz chodziłem do kościoła, to jednak ta wiara i ta praktyka religijna nie miały zbyt dużego wpływu na moje życie, a raczej były pewnym ciężarem, którego chętnie bym się pozbył. Dopiero, gdy moja wiara stała się osobistą relacją z rzeczywistą osobą jaką jest Jezus, ożyła i stała się dla mnie źródłem życia. Konsekwencją tej zmiany była moja odpowiedź na powołanie kapłańsko - zakonne i wstąpienie do zgromadzenia misyjnego.

Pamiętam jak mistrz nowicjatu pouczał nas, że na początku życia zakonnego, szczególnie w nowicjacie człowiek jest pełen entuzjazmu, że wzbija się w górę, ale później przez całe życie spada na dół. Te słowa były dla mnie zbyt pesymistyczne. Nie mogłem się na nie zgodzić. Wierzyłem, że mamy nieskończone możliwości rozwoju, że w życiu duchowym nigdy nie może być tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Wierzyłem w możliwości ciągłego wzrostu, w ciągłe pogłębianie miłości do Pana.

Niestety rzeczywistość zdawała się potwierdzać słowa mistrza. Radość, którą doświadczałem w nowicjacie trwała przez następne trzy lata. Potem nastąpiło powolne oziębienie i nagła zapaść. Do dziś pamiętam mój szok, który przeżyłem, gdy uświadomiłem sobie, że twardy grunt, na który do tej pory opierałem swoją wiarę, nagle zniknął i zacząłem spadać w bezdenną otchłań. Rozpoczął się czas wypełniony wielką samotnością, która czasami doprowadzała mnie niemalże do obłędu, oraz walką o dochowanie wierności Jezusowi. Czasami miałem wrażenie, że Jezus zawiódł się na mnie, zrezygnował ze mnie i mnie opuścił, a kiedy indziej, że Jezus mnie zdradził, czy też, że wręcz zmarł.

Pamiętam jak w liście, który pisałem do domu, a który nie wysłałem, aby nie martwić zbytnio rodziców, pytałem sam siebie; "co się stało z tym klerykiem pełnym ideałów? Gdzie podział się ten entuzjazm? Co ja w ogóle jeszcze tutaj robię?" W liście do byłego wice prefekta pytałem; "Czy muszę być wierny ślubom tylko dlatego, że je złożyłem? Nie jestem już tym, który te śluby składał." Odpisał mi, że przysięgałem Jezusowi, że nie chodzi o wierność ślubom, ale o wierność Jezusowi. Miał rację, ale wtedy ten argument wcale do mnie nie przemawiał. Dla mnie Jezus zniknął. Jezusa nie było. W najtrudniejszych momentach własnymi siłami próbowałem ratować rozpadające się życie. Jednak im bardziej próbowałem to życie ratować, tym bardziej je traciłem. Po kilku latach takiego życia zorientowałem się, że to nie Jezus, ale ja zmarłem, że to nie Jezus potrzebuje zmartwychpowstać, ale ja sam. Dopiero, gdy zgodziłem się na śmierć, zaczęło kiełkować we mnie nowe życie.

Myśląc o tym wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu tych dwudziestu lat, fakt, że ciągle jestem przy Jezusie, że z odnowionym entuzjazmem staram się pogłębiać moją przyjaźń z Jezusem, uznaję za jeden z największych cudów jaki dokonał się w moim życiu, oraz potwierdzenie wierności Pana, który obiecał być zawsze ze mną. Prawdziwość słów mistrza nowicjatu, zdawało się potwierdzać nie tylko moje osobiste doświadczenie, ale także życie wielu innych osób. Niestety muszę przyznać, że spotkałem bardzo niewielu ludzi, którzy po latach życia zakonnego ciągle przepełnieni byliby entuzjazmem. Większość wydawała się być dość nieszczęśliwa, tak jakby nadzieje, które pokładali w życiu zakonnym, czy właściwie w samym Jezusie, zostały zawiedzione, jakby zrezygnowali już z “ideałów” chrześcijańskich i stali się “realistami”, próbującymi jakoś ułożyć sobie życie i zadowolić się tym, co przynosi szara codzienność.

Oczywiście problem ten nie dotyczy jedynie życia zakonnego, czy też ogólnie życia wiarą. Podobną zmianę można także zauważyć u wielu małżonków, którzy pomimo tego, że na początku życia małżeńskiego byli pełni miłości i entuzjazmu, dzięki czemu byli w stanie bez odczuwania najmniejszej trudności, wręcz radośnie ponosić dla siebie wzajemnie przeróżne ofiary, po kilku latach życia małżeńskiego nie są już w stanie znieść najmniejszej niewygody dla dobra drugiego, ani nawet pomagać sobie wzajemnie. W niektórych przypadkach, początkowy entuzjazm nie tylko znikną, ale przemienił się w obojętność, lub co gorsza wzajemną nienawiść. Bardzo wielu małżonków wydaje się raczej męczyć w związku małżeńskim i szukać radości życia, czy też jakieś samorealizacji poza rodziną.

Jednak pomimo tak doświadczanej rzeczywistości, która zdawałaby się potwierdzać słowa mistrza nowicjatu, ciągle byłem wewnętrznie przekonany, że tak wcale nie musi być, że zarówno zakonnicy, jak i małżonkowie oraz każdy inny człowiek mogą ciągle, nieograniczenie wzrastać w swym powołaniu, że początkowy entuzjazm i szczęście, jak również początkowa miłość nie muszą zaniknąć, ale że stale mogą wzrastać. Myślę, że broniłem tego przekonania wbrew własnemu doświadczeniu oraz wbrew temu, co widziałem wokół dlatego, że utrata tego przekonania oznaczałaby dla mnie utratę sensu życia, a może nawet koniec życia, przynajmniej takiego jakie znałem.

Pomimo tego wewnętrznego przekonania ciągle nie rozumiałem na czym polega nasz problem, gdzie jest jego źródło, a tym bardziej jak go rozwiązać. Ciągłe zadawałem sobie pytanie, o to dlaczego większość ludzi, pomimo tak wielkiego pragnienia realizacji swej miłości do Jezusa, czy też miłości do innej osoby, oraz pomimo wkładania olbrzymiego wysiłku w realizację tego pragnienia, nie jest w stanie tego uczynić. Co możemy zrobić, aby żyć zgodnie z naszym najgłębszym pragnieniem? Jak można skutecznie pielęgnować i rozwijać dar miłości? Niestety ani formacja seminaryjna, ani studia teologiczne nie dały mi odpowiedzi na te pytania. Myślę, że dopiero amerykański trapista o. Thomas Keating (*1) udzielił mi poszukiwanej odpowiedzi i wskazał drogę do rozwiązania tego problemu.

Przede wszystkim o. Keating uświadomił mi, że także św. Paweł, który zrealizował swoją wiarę, swoją miłość do Jezusa do tego stopnia, że mógł powiedzieć: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus,” który wiernie kroczył za Jezusem, aż do samego końca, czyli aż do oddania życia za swojego Pana, sam osobiście przeżywał ten sam problem. Pomimo tego, że Paweł osobiście spotkał Jezusa, pomimo tego, że przyjął Jego zaproszenie do współpracy w dziele zbawienia świata, pomimo tego, że całkowicie oddał się tej misji, ciągle zauważał u siebie pewien rodzaj rozdwojenia jaźni, istnienie dwóch osobowości, dwóch pragnień, dwóch systemów wartości, które rywalizują ze sobą.

Niejednokrotnie w tej rywalizacji wbrew woli Pawła zwyciężała, a tym samym kierowała jego czynami wewnętrzna siła, którą nazywał prawem grzechu, czy też starym, cielesnym człowiekiem. Paweł określa ten stan niewolą, natomiast życie duchowe, które opisuje w swych listach, jest drogą wyzwolenia z tej niewoli. Celem życia duchowego jest nasza transformacja, czyli przemiana ze starego, cielesnego człowieka na człowieka nowego, duchowego. Ta transformacja nie następuje automatycznie wraz z nawróceniem, czyli z podjęciem decyzji o przyjęciu zaproszenia Jezusa i pójściu za Nim. Nawrócenie jest jedynie początkiem.

O. Keating pokazuje jak powstaje i jak funkcjonuje stary człowiek, w jaki sposób sprawuje on nad nami władzę. Tego starego człowieka nazywa fałszywym ja. Według niego rozwój duchowy jest procesem wyzwalania się z pod władzy tego fałszywego ja. Śmierć fałszywego ja jest niezbędnym warunkiem wyzwolenia prawdziwego ja oraz życia zgodnego z naszymi najgłębszymi pragnieniami, czyli z naszą prawdziwą, zakorzenioną w Bogu naturą. O. Keating pokazuje jak możemy rozpoznać to nasze fałszywe ja. Poucza o tym, co konkretnie możemy zrobić, aby wyzwolić się z pod jego władzy. Stwierdza, że ostatecznie ta nasza wewnętrzna przemiana jest dziełem Boga, jednak nasza współpraca, którą konkretnie opisuje, jest niezbędna.

To poznanie naszego fałszywego ja, które jest jednocześnie poznaniem rzeczywistego siebie, tym kim aktualnie jesteśmy, poznanie swoich wewnętrznych, nieuświadomionych motywacji i systemu wartości, który nami kieruje, może być bardzo bolesnym procesem. Rzeczywisty obraz samego siebie będzie całkowicie inny od naszego wyidealizowanego obrazu. Z pewnością przeżyjemy duże rozczarowanie sobą. Istnieje nawet niebezpieczeństwo popadnięcia w depresję. Nic dziwnego, że naturalnie możemy starać się unikać poznania siebie samego. Jednak jest to konieczne, aby stać się wolnym i zacząć rzeczywiście kierować swoim życiem, żyć zgodnie ze swoją naturą i wzrastać do pełnej realizacji otrzymanych od Boga możliwości.

Ponieważ poznanie rzeczywistego siebie może być dużym szokiem, czasami przyczyną załamania psychicznego, musimy jednocześnie starać się poznawać Boga. Powinniśmy nie tylko zapoznać się z nauką o Bogu, ale poznać Go osobiście i bezpośrednio, gdyż tylko wtedy będziemy mogli zaakceptować prawdę o nas samych, będziemy w stanie Mu zaufać i naprawdę pozwolimy Mu działać w naszym wnętrzu i przemieniać nas. Tę potrzebę jednoczesnego poznawania siebie i Boga, Pascal uzasadnił w krótkim zdaniu: “Poznanie siebie bez poznania Boga, prowadzi do rozpaczy, natomiast poznanie Boga bez poznania siebie, prowadzi do pychy”.

Według o. Keatinga drogą prowadzącą do poznania siebie oraz Boga, jak również do naszej wewnętrznej przemiany jest modlitwa kontemplacyjna. Niestety modlitwa kontemplacyjna, która w swej istocie jest naturalnym owocem rozwoju otrzymanego na chrzcie życia, jest błędnie pojmowana przez wielu i chyba przez to jest tak mało popularna, a jeszcze mniej praktykowana. Modlitwa kontemplacyjna, to czy jest ona obecna w naszym życiu, czy też nie, ma także duży wpływ na nasze życie religijne.

Merton tak o tym powiedział: “Bez prawdziwych, głębokich pragnień kontemplacyjnych, bez totalnej miłości Boga i bezkompromisowego pragnienia Jego prawdy, religia nieuchronnie staje się narkotykiem.” Czyli czymś co oszukuje człowieka, wprowadza w złudny świat i ewentualnie niszczy go. Jeśli naprawdę pragniemy żyć wiarą i wiernie kroczyć za Jezusem, czyli po prostu być autentycznymi uczniami Jezusa, życie kontemplacyjne jest naszą jedyną drogą.
 
Aktualności przez kanał RSS
Znajdź mnie na Facebook'u
Rozmaitości
Ciekawe strony
Galeria Zdjęć
Księga Gości
Audycje Radiowe
Zamów moje książki
Mapa Strony
Kontakt
Napisz do nas
Dzisiaj jest...
23 Września 2017
Sobota
Imieniny obchodzą:
Boguchwała,
Bogusław, Libert,
Minodora, Tekla
Do końca roku zostało 100 dni.