|
Na prowadzenie działalności misyjnej duży wpływ mają czynniki zewnętrzne. Dzięki nim misje mogą kwitnąć lub doznawać trudności.
I wojna światowa bez wątpienie wpłynęła hamująco na ewangelizację. Wydalenia misjonarzy, odcięcie dopływu pomocy materialnej i zmiana obrazu europejskich chrześcijan w oczach tubylców – to tylko najważniejsze elementy tego niekorzystnego wpływu.
I wojna światowa, trwająca w latach 1914 – 1918, w pierwszej kolejności ciężko dotknęła personel misyjny. Już podczas pierwszych dni mobilizacji bracia, studenci teologii i młodzi klerycy musieli opuścić domy misyjne, by pełnić głównie służbę sanitarną. Dotyczyło to przede wszystkim Francji, Belgii i Włoch, gdzie nie istniały żadne odstępstwa od obowiązku służby wojskowej. Wskutek mobilizacji francuskie dzieło misyjne zostało pozbawione wielu misjonarzy. Niektórych z nich zmobilizowano na miejscu, np. w Indochinach czy na Madagaskarze; większość jednak musiała wrócić do ojczyzny.
Oblicza się, że podczas I wojny światowej zostało powołanych do wojska 5 tys. misjonarzy francuskich. W innej sytuacji znaleźli się misjonarze niemieccy. Nie wcielono ich do armii; zmobilizowani zostali jedynie członkowie zgromadzeń misyjnych pracujący w kraju. Razem z Austrią było to ponad 6 tys. osób. Jednak los misjonarzy z Niemiec, pracujących szczególnie w niemieckich koloniach, nie był dużo lepszy. Po zajęciu tych krajów przez wojska Ententy byli zwykle wydalani i to często w sposób dość brutalny. Spotkało to m.in. werbistów w Togo i palotynów w Kamerunie. Niemiecki minister do spraw kolonii, Dr Solf, dał wyraz swemu oburzeniu w płomiennym piśmie skierowanym do prowincjała palotynów:
„Można by uważać za wręcz niemożliwe to, jak Francuzi zachowali się w Edea... Przemocą wtargnęli do domu Bożego, rozrzucili poświęcone przedmioty kościelne, rabując i niszcząc... Na długo zachwiali wiarę tubylców w białą rasę, jako mediatora kultury chrześcijańskiej.”
Sytuacja misjonarzy w krajach Afryki nie należących do Niemiec zależna była od stanowiska miejscowych władz. Dobrego traktowania misjonarze niemieccy doświadczyli w Ugandzie, Sudanie i Brytyjskiej Afryce Zachodniej. Gorzej było w afrykańskich koloniach francuskich, belgijskich i portugalskich. Z kolei w Azji i w Indiach Brytyjskich potraktowano Niemców bardzo surowo. Wszyscy misjonarze będący w wieku nie objętym obowiązkiem służby wojskowej mieli być repatriowani, pozostali zaś internowani. Wojna wstrząsnęła także zgromadzeniami misyjnymi innych narodowości działającymi w różnych krajach.
Placówki misyjne rozsiane po całym świecie potrzebowały nie tylko wystarczającej liczby personelu, lecz również środków materialnych. Do zadań misji należała przecież odpowiedzialność za stacje, kościoły, kaplice, szkoły i instytucje charytatywne. Misje, szczególnie na terenach objętych wojną, znacznie ucierpiały gospodarczo. Kontakt między ojczyzną a misjami był w wielu wypadkach odcięty lub ograniczony. Przesyłki pieniężne zostały wstrzymane, co okazało się brzemienne w skutkach. Wikariusz apostolski z Niasy Północnej, Monsignore Streicher, pisał, że już od roku nic z Francji nie otrzymał: „Co stanie się z naszymi dziełami, z naszymi dwoma seminariami, z naszymi tubylczymi nauczycielami, z setką katechumenów, z ponad siedmiuset szkołami podstawowymi? W drodze do Bengueli, na terenie objętym wojną, zatrzymano 300 paczek. Wrogowie zagarnęli dla siebie całoroczny transport odzieży. Co gorsza, zamknięto 55 szkół misyjnych w misji Mpangwe.”
W związku z tym, brak samowystarczalności Kościoła rodzimego przeniknął do świadomości Kościoła misjonującego jako apel. Znalazło to jednoznaczny wyraz w refleksji ks. Józefa Schmidlina - ojca misjologii katolickiej: „Mści się srodze teraz to, że większość misji nie usamodzielniła się ani materialnie, ani pod względem powołaniowym. Widać, że misjonarze nie starali się, względnie nie zdołali nowych chrześcijan z tubylczej ludności obarczyć w większym stopniu kosztami utrzymania misji i tubylczego kleru, że niemało z nich zdało się wyłącznie na wsparcie ze swojej ojczyzny.”
Wojna stała się także katalizatorem tworzenia się nowej świadomości wśród miejscowej ludności. W wielu miejscach Afryki działania wojenne, które toczyły się tam zupełnie niepotrzebnie, mocno zachwiały autorytetem białych. Przed tubylcami nie zdołał się ukryć fakt, że głoszona przez misjonarzy nauka Ewangelii i moralności stoi w jaskrawej sprzeczności z poczynaniami chrześcijan niszczących się nawzajem w Europie.
Friedrich Schwager w wykładzie wygłoszonym na kursie misjologicznym w Kolonii we wrześniu 1916 roku mówił: „I tak oto widzimy, jak na całym froncie wielkich niechrześcijańskich religii Azji wzrasta ich opór i agresywność, w znacznej części przy wykorzystaniu zachodnich metod i organizacji. Jedno jest pewne: Misjom chrześcijańskim pójdzie po wojnie znacznie trudniej niż dotąd, przynajmniej wśród ludów azjatyckich o wysokiej kulturze. Właśnie wiodące klasy ludności będą się im coraz silniej przeciwstawiały.”
Gorzkie doświadczenia I wojny światowej na terenach misyjnych pozwoliły wyprowadzić wartościowe wnioski. W podręczniku misyjnym napisanym w 1925 roku Peter Louis zwrócił uwagę na następujące wskazania:
Misji nie powinno się zanadto uzależniać od ziemskiej pomocy, co podczas wojny okazało się fatalne. Właściwym i koniecznym sposobem do osiągnięcia tego celu jest kształcenie rodzimego kleru i budzenie odpowiedzialności za Kościół lokalny wśród tubylców. W krajach misyjnych powinno się pozwolić pracować misjonarzom reprezentującym więcej narodowości, szczególnie z małych krajów neutralnych.
Przygotowanie: Andrzej Miotk SVD |